JAK STWORZYLIŚMY AGENCJĘ

Utworzenie agencji reklamowej działającej w spo­sób nowatorski i niekonwencjonalny nie było dla nas czymś oczywistym – do tej koncepcji doszliśmy z czasem, kiedy dostrzegliśmy potrzebę takiego działania.

Kiedy po raz pierwszy wkroczyliśmy w świat rekla­my na początku lat osiemdziesiątych, trafiliśmy na schył­kowy czas ery lunchów z trzema martini, która przez długi okres panowała w tym biznesie. Sukces w branży, jak się szybko zorientowaliśmy, był bardziej zależny od posiadania biura pod dobrym adresem czy umiejętności gry w golfa niż od idei, jakie potrafiło się wykreować. To się nam bardzo nie podobało.

Nikt nie mówił o ideach, nawet nie wymawiano tego słowa. A czy nie na tym właśnie polega – lub powinna polegać – reklama? Na świetnych pomysłach jak sprze­dać dobry produkt? W miejscach, w których pracowali­śmy, nie dostrzegaliśmy tego. Widzieliśmy tylko wiele obaw, nacisk na kontakty towarzyskie i obsługę klienta oraz lu­dzi nie rozmawiających ze sobą nawzajem. Pracownicy działu kreacji tkwili na ogół na własnym piętrze, rozma­wiając tylko między sobą. Nie rozmawiali z ludźmi z działu obsługi klienta, z samymi klientami, ani także, co było jeszcze istotniejsze, nie rozmawiali z konsumentami. Być może co jakiś czas widywali konsumentów za szklaną szybą podczas badań w grupach fokusowych, ale na tym kończyły się ich kontakty.

I wtedy to się stało. Rok 1987, krach na giełdzie. Nagle stare układy zostały wystawione na poważną pró­bę. Może partyjka golfa mogła ochronić agencję, wydłu­żając jej kontrakt z klientem o pól roku czy rok. Ale klienci zaczęli poszukiwać sposobów na obniżanie kosztów, przez co natychmiast skupili się na budżetach przezna­czonych na marketing i reklamę. Zaczęli domagać się wymiernych rezultatów.

Teraz, kiedy nasza agencja odnosi sukcesy, ludzie pytają, jak nam się udało. Cóż, oto cała historia. Poznali­śmy się w roku 1985. Przedstawiła nas sobie żona Jona, Wendy, która studiowała z Richardem. Okazało się także, że mieszkamy po przeciwnych stronach tej samej ulicy, zaraz przy Astor Place w Nowym Jorku. Pracowaliśmy dla różnych agencji. Richard był autorem tekstów, kre­atywnym, a Jon odpowiadał za strategię i obsługę klienta, był człowiekiem w garniturze. Zwykliśmy wychodzić od czasu do czasu na wspólne lunche, podczas których oma­wialiśmy reklamy, mówiąc, że zrobilibyśmy to lepiej, gdy­byśmy mogli działać na własną rękę, nie przejmując się biurową polityką i cudzą filozofią biznesu. W tamtych czasach nie mieliśmy za dużo pieniędzy, a wszyscy bar­dzo lubiliśmy chadzać do drogich restauracji. Wpadliśmy zatem na pomysł prowadzenia niezależnej działalności, w której cała wymagana praca zamykałaby się w jednej godzinie przerwy na lunch – tak, by pokiywała nam kosz­ty naszych gastronomicznych eskapad.

Pod koniec 1985 roku każdy z nas nadal pracował na etacie. Mieliśmy jednak także trzech niezależnych klientów: Hamburger Harry’s – sieć restauracji, Beltra- mi – butik z ekskluzywną odzieżą włoską i Kennetha Co­le^ – projektanta i producenta butów. Pozostaje wielką niewiadomą, jakim cudem udawało się nam obsługiwać trzech klientów, a jednocześnie nadal pracować w naszych firmach. Zapewne miało znaczenie to, że mieliśmy wte­dy po dwadzieścia kilka lat. Wykrzesanie z siebie energii przychodzi o wiele łatwiej w takim wieku.